February 15th, 2009
“-Ileż tu samochodów – zauważył. – Od jak dawna tu są? Milion lat?
- Znacznie krócej.
- Tysiąc lat?
- Nie. Jakieś osiemdziesiąt.
Zamilkł na chwilę, by nagle zapytać:
- Jak będzie wyglądał wasz świat za dziesięć lat? Pewnie będzie się składał z czystego metalu. Czy to jest dzieło waszego Boga?”

————————————————————————————————-
Moi – Indianin Huaorani przyjechał do Waszyngtonu na zaproszenie Sierra Club, który w imieniu tego plemienia wniósł skargę do Komisji Praw Człowieka przy OAS (Organizacja Państw Amerykańskich). Moi przyjechał z Oriente – ekwadorskiej Amazonii, gdzie od 1967 r. amerykańskie koncerny paliwowe (Texaco, Conoco, Maxus) wydobywają ropę naftową bez jakichkolwiek regulacji prawnych. Jest to obok kopalni złota w Brazylii najbardziej drastyczny przykład skażenia środowiska w całej Amazonii. Moi przybył do USA, żeby zapytać prezydenta, dlaczego tak się dzieje, że Stany Zjednoczone Ameryki Północnej próbują ich zniszczyć. “Cały świat powinien przybyć i zobaczyć jak dobrze się żyje Huaorani (…) Żyjemy zgodnie z duchem Jaguara. Nie chcemy być cywilizowani przez waszych misjonarzy, ani być zabijani przez wasze kompanie naftowe. Czy jaguar musi zginąć jedynie po to, byście mieli więcej zanieczyszczeń i telewizji?”
Joe Kane – dziennikarz z zacięciem podróżnika i obrońcy środowiska (Rainforest Action Network) udaje się do Ekwadoru, by na własne oczy obejrzeć zniszczenia dokonane przez koncerny paliwowe w Oriente i przekonać się, jak wygląda oświecenie i cywilizacyjny dobrobyt niesiony nieokrzesanym dzikusom przez Europejczyków.
“Huaorani (…) z powodzeniem odpierali zakusy wszystkich najeźdźców: Inków, hiszpańskich konkwistadorów, baronów kauczukowych, armii ekwadorskiej i peruwiańskiej, współczesnych kolonistów i poszukiwaczy bogactw (…). Walka z kompanią (…) – była jednak czymś zgoła innym. Kompania zamierzała wydobyć z terytorium Huaorani ponad dwieście milionów baryłek ropy, a bezwzględne dążenia do rozpoczęcia eksploatacji tych złóż udowodniły, że jest to przeciwnik znacznie potężniejszy od tych, z jakimi Huaorani spotykali się do tej pory. Przeciwnik, który w oczach Moiego niósł śmierć poprzez zniszczenie źródła wszelkiego życia, jakim dla Indianina był las”.
Wydana w serii “Obieżyświat” książka nie jest jedynie relacją z podróży. To niezwykle barwnie opowiedziana historia o zderzeniu dwóch światów. Niezwykle prostego (”ONHAE (Organizacja Narodu Huaorani Amazonii Ekwadorskiej) nie miała ani biura, ani telefonu, ani pieniędzy. Spytałem, co Huaorani zamierzają zrobić. (…) – Odnajdziemy Kompanię i porozmawiamy z nimi. Jeżeli nas nie posłuchają, ze wszystkich stron zaatakujemy ich dzidami” ) i naturalnie pięknego w tej prostocie świata Indian i naszej pogmatwanej, pełnej wieloznaczności i kłamstwa cywilizacji betonu i stali. Chwilami odnosi się wrażenie, że sprawa Huaorani i podróż autora po Amazonii to jedynie pretekst do pokazania słabości i niedostatków naszego świata. Chciwość ekwadorskich urzędników i pracowników koncernów przekłada się na zachłanność całych korporacji i jest tak samo odrażająca, jak działania międzynarodowych organizacji, takich jak Bank Światowy, które kredytując rząd Ekwadoru doprowadzają do paradoksalnej sytuacji, że mimo coraz większego wydobycia ropy kraj coraz bardziej pogrąża się w długach. Nikt nie powinien być zdziwiony, że ta książka nie kończy się happy endem. Jeszcze smutniejsze są refleksje, jakie ona niesie. Uważny czytelnik nie powinien mieć wątpliwości, że akcja tej książki mogłaby mieć miejsce równie dobrze w Nigerii, Kamerunie jak i Brazylii, Birmie, RPA, czy innym kraju, który miał pecha usadowić się na surowcach poszukiwanych przez Władców Świata.
Lektura obowiązkowa nie tylko dla tych, którzy chcą wiedzieć więcej i dokładniej na temat niszczenia Ziemi przez zachłanność koncernów, lecz przede wszystkim dla tych, którym wydaje się, że ropa bierze się ze stacji benzynowej.
“Moi zatrzymał się przed latarnią wskazał na ulicę i rzekł: – Coraz więcej ludzi, samochodów, ropy, chaosu. – Następnie wskazał na światło w górze. – A tam są Huaorani, samotni wśród całego świata”.
Szymon Surmacz
Joe Kane, Dzicy , Prószyński i S-ka, Warszawa 1998, Seria “Obieżyświat”
October 17th, 2008
117 nielegalnych imigrantów z krajów subsaharyjskich przypłynęło w sobotę na Wyspy Kanaryjskie – poinformował rzecznik hiszpańskiego rządu.

Pierwsza łódź z 61 osobami, w tym sześciorgiem dzieci, przypłynęła o świcie na popularną plażę w Fanabe na Teneryfie. Druga łódź, z 56 osobami, w tym siedmiorgiem dzieci, dotarła do wyspy Gomera po południu. W ciągu siedmiu miesięcy tego roku do Hiszpanii dotarło morzem 7165 nielegalnych imigrantów z krajów Afryki subsaharyjskiej, o 9,1% mniej niż w tym samym okresie roku poprzedniego – wynika z danych hiszpańskiego MSW.
Ciała 13 nielegalnych imigrantów z Afryki znaleziono w łodzi, która wraz z 46 żywymi uciekinierami dopłynęła do wyspy Gran Canaria, należącej do archipelagu Wysp Kanaryjskich – podało hiszpańskie.
Jak poinformował przedstawiciel Czerwonego Krzyża, imigranci zmarli z wyziębienia. Błąkali się po oceanie przez około 10 dni, a gdy popsuł się silnik łodzi, byli zdani na łaskę losu. Osoby, które przeżyły podróż powiedziały policji, że łódź wypłynęła z Gwinei w zachodniej Afryce.
Każdego roku tysiące nielegalnych imigrantów z Afryki, szukających szansy na lepsze życie w Europie, podejmuje ryzykowne wyprawy w zatłoczonych łodziach. Większość zostaje zatrzymana, a setki toną lub umierają z wyczerpania.
Na uwagę być może zasługuje fakt, że wiele wiosek na wyspach zostało wyludnionych po masowej migracji ich mieszkańców
do Ameryki Płd. w poszukiwaniu lepszego życia.
June 17th, 2008
Programy pomocy humanitarnej Zachodu w większości ubogich krajów wspierają skorumpowane władze, pogłębiają ubóstwo i wzmacniają uzależnienie ludzi. I tylko nam poprawiają samopoczucie

Lepiej jest coś zrobić, zamiast poddać się zwątpieniu albo – co gorsza – cynizmowi, i nie robić nic, prawda? Zwłaszcza gdy chodzi o pomoc dla ludzi ubogich, doświadczonych przez los, nędzarzy urodzonych w niewłaściwym miejscu i w niewłaściwym czasie. Jak można nie robić nic, gdy pod gruzami ginie kilkadziesiąt tysięcy Chińczyków, gdy cyklon pochłania kilkaset tysięcy istnień ludzkich w Birmie? Jak można, będąc człowiekiem zdrowym moralnie, patrzeć bezczynnie na dzieci umierające z głodu w Darfurze? Jak można siedzieć z założonymi rękami, gdy Światowy Program Żywnościowy (WFP) alarmuje, że Etiopii znowu grozi klęska suszy, a 6 milionów dzieci nie ma co jeść? WFP dodaje, że za jedyne 147 mln dolarów, czyli nieco ponad 300 milionów złotych, można te dzieci uratować. Co to jest 300 milionów? Dobry piłkarz kosztuje coś koło tego, niedługo kilometr autostrady w Polsce będzie droższy.
No to dajmy im 300 milionów – niech te dzieci przeżyją. Edmund Burke, jeden z twórców nowoczesnego konserwatyzmu, mówił, że do tego, by zatriumfowało zło, wystarczy, by dobrzy ludzie nic nie robili. Ewangelia zapowiada, że na Sądzie Ostatecznym będziemy odpytywani z naszych zaniechań: „Byłem głodny, a nie daliście mi jeść…” Dajmy im jeść, dajmy im nadzieję, przecież nas nie kosztuje to prawie nic.
Powyższa argumentacja działa od ponad 50 lat, czyli od czasu, gdy pomoc humanitarna stała się ulubionym sposobem rozwiązywania przez Zachód problemów krajów ubogich. Głównym beneficjentem tej pomocy były kraje Azji i Afryki, zwłaszcza subsaharyjskiej. W ogólnoświatowej euforii spowodowanej wyzwalaniem się kolejnych krajów z więzów kolonializmu i w niemałym (i słusznym) poczuciu winy za wyzyskiwanie obcych kontynentów ludzie Zachodu uwierzyli, że swoją dobrocią ulepszą świat: „Pragnącym wyrwać się z nędzy mieszkańcom wiejskich chat na całym globie obiecujemy: pomożemy im pomóc sobie tak długo, jak będzie to potrzebne – mówił prezydent John Kennedy. – Nie dlatego, że komuniści będą robić to samo, nie dlatego, że zależy nam na ich głosach wyborczych, ale dlatego, że tak jest słusznie. Jeśli wolne społeczeństwo nie potrafi pomóc większości, która cierpi biedę, nie będzie również umiało ochronić mniejszości, która żyje w dostatku.”
No i pomagamy. Inicjatywy polityków przerodziły się w ogólnoświatowy ruch pomocy humanitarnej skupiony wokół indywidualnych organizacji, globalnych programów realizowanych przez agendy ONZ czy też fundacji sponsorowanych przez milionerów-darczyńców w rodzaju Billa Gatesa czy Warrena Buffeta. Od lat 80. istotną rolę w światowym ruchu humanitarnym odgrywają gwiazdy pop, które swoim nazwiskiem i charyzmą mają „przebudzić mieszkańców Zachodu”, a w praktyce wydusić od nich jak najwięcej pieniędzy na projekty firmowane potem nazwiskiem gwiazdy. Dziś ruch pomocy krajom ubogim to potężny system, w którym funkcjonuje kilkaset tysięcy ludzi konkurujących ze sobą, nierzadko bez skrupułów, na rynku pomocy humanitarnej, głównie w USA i Europie Zachodniej (niebiałych reprezentują głównie Japończycy). Pomoc obejmuje właściwe wszystkie dziedziny życia: od dostarczania żywności i leków przez programy edukacyjne i uświadamiające do irygacji gruntów i wspierania miejscowych przedsiębiorców.
80 procent na koszty własne
Jakie są skutki tej pomocy? Od strony statystycznej nieubłagane dla jej zwolenników. W ciągu ostatnich 50 lat Zachód wydał na pomoc dla krajów Trzeciego Świata 2,3 biliona dolarów (1 bilion =1000 miliardów). Sama Afryka, która jest głównym odbiorcą pomocy, otrzymała 568 miliardów dolarów. I efekt tego jest jednoznaczny: wraz z rozwojem programów pomocy humanitarnej regularnie rosła bieda wśród Afrykanów. Np. między rokiem 1990 i 2001 liczba osób żyjących poniżej poziomu określanego przez ONZ jako skrajne ubóstwo, czyli za mniej niż 1 dolara dziennie, wzrosła z 227 milionów do 313 milionów. Prawie połowa mieszkańców Afryki (46 proc.) wegetuje w stanie, który ONZ określa jako zwykłe ubóstwo. Jednym z największych paradoksów historii XX wieku jest fakt, że w większości krajów afrykańskich stopa życiowa mieszkańców jest dziś relatywnie niższa niż przed osiągnięciem przez nie niepodległości. 941 milionów ludzi wytwarza dziś dochód wielkości 580 mld dolarów, czyli nieco więcej niż Korea Południowa.
To nieprawda, że – jak twierdzą niektórzy najbardziej skrajni przeciwnicy pomocy humanitarnej – sytuacja z roku na rok staje się coraz gorsza, a pomoc w dalszym ciągu rozdawana jest bezkrytycznie. Wręcz przeciwnie, w związku ze wzmożoną krytyką samej sensowności udzielania pomocy agendy ONZ zatrudniają coraz więcej ludzi do kontroli przepływu pieniędzy. Np. w Tanzanii, która jest modelowym odbiorcą pomocy humanitarnej, pod koniec lat 90. w ciągu kwartału produkowano ponad 2400 raportów na temat spożytkowania pomocy i organizowano ponad 1000 seminariów rocznie poświęconych prawidłowemu wykorzystaniu pieniędzy. „Jest coraz gorzej” – pisał niedawno w dzienniku „The Times” Graham Hancock, autor klasycznej pozycji z 1989 roku pt. „Lords of Poverty: The Power, Prestige, And Corruption of International Aid Business” (Panowie ubóstwa: władza, prestiż i korupcja w międzynarodowym biznesie pomocy). Hancock, znany pisarz, wcześniej pracownik brytyjskiej organizacji humanitarnej, wykazywał, że głównym, a zwykle jedynym beneficjentem pomocy są lokalne skorumpowane elity rządowe, producenci żywności i innych produktów przeznaczanych na pomoc oraz „pomocowa biurokracja”. Głównymi ofiarami szczodrobliwości Zachodu – wykazywał Hancock – padają zaś podatnicy z Zachodu i oczywiście ludność Trzeciego Świata.
Hancock pokazuje przykłady zinstytucjonalizowanej korupcji w ramach organizacji działających pod patronatem ONZ. (Moja ulubiona: Rada Organizacji Edukacyjnych, Naukowych i Kulturalnych, wydała w jednym roku 1 milion 759 tysięcy 584 dolary na podróże i zakwaterowanie. W tym samym czasie przeznaczyła 49 tys. dolarów na edukację dla niepełnosprawnych dzieci w Afryce i 1000 dolarów na kształcenie nauczycieli w Hondurasie.). Autor przedstawia przerażające dane na temat marnotrawstwa pieniędzy (w czasie pisania książki Hancocka 80 procent wydatków agend ONZ przeznaczane było na wydatki dla pracowników; budżet na konsultantów zewnętrznych wynosił 22 miliardy dolarów) czy quasi-przestępczego charakteru zamówień publicznych na pomoc (od 80 do 99 procent kwot pomocowych było wydawane w krajach rozwiniętych na realizację zamówień). „Zachodnia pomoc – pisze Hancock – jest wykorzystywana do wytwarzania zysku zachodnich firm”. Autor barwnym językiem określa programy pomocy humanitarnej jako „transakcję między biurokratami i autokratami”, czyli „gangsterami i psychopatami”, którzy kradną albo marnują publiczne pieniądze.
Do tego dochodzą przypadki absurdów przypominających praktyki kwitnącego socjalizmu: wyludnione kliniki w szczerym polu zbudowane z pieniędzy pomocowych (klinikę zbudować łatwo, trudniej zgromadzić i utrzymać zespół lekarski), mosty, którymi nie da się przejechać (bo ich budowa doprowadziła do erozji i obsunięcia gruntu po obu brzegach), matki wyrzucające lekarstwa chroniące ich dzieci przez zarażeniem wirusem HIV (bo stosowanie ich oznaczałoby przyznanie się przed rodziną, że są zarażone, a to – wyrzucenie poza nawias społeczny) itd. Oprócz tego co jakiś czas dowiadujemy się o katastrofach na wielką skalę: zbudowanej przez ONZ fermie rybnej w Mali, która sprzedaje ryby w cenie 3 tysięcy dolarów za kilogram, tamie w Gwatemali, której budowa spowodowała wzrost cen elektryczności o 70 procent, sudańskiej cukrowni, która sprzedaje cukier po cenach wyższych niż importowany, sponsorowanych przez Bank Światowy programach przesiedleń w Brazylii i Indonezji, których wynikiem jest niszczenie lasów tropikalnych i lokalnych plemion.
Gwiazdy na pomoc oprawcom
Czy to wszystko może być prawdą? Czy możliwe, by grupa aparatczyków humanitaryzmu osłaniających się wzniosłą retoryką przetwarzała nasze gesty dobrej woli, szczodrość i poczucie winy za dostatek, w jakim żyjemy, w mieszankę rodem z najczarniejszych komedii Stanisława Barei? Nie tylko możliwe, ale nieuniknione. Hancock i inni krytycy pomocy humanitarnej twierdzą, że sam pomysł na wyciągnięcie ludzi z biedy przez rozdawanie im pieniędzy czy jedzenia jest z gruntu zły, a jego realizacji nie da się zreformować.
Pomoc międzynarodowa nie tylko nie pomaga, ale jest największą przeszkodą w zmianie położenia ludzi ubogich na świecie i jedynym sensownym wyjściem jest jej całkowite zaprzestanie. Wiemy to co najmniej od 30 lat, jednak u wielu ludzi, włącznie z czołowymi ekonomistami na świecie, nie zmienia to przekonania, że źródłem biedy na świecie jest skąpstwo Zachodu, a wszystko da się naprawić, gdy będziemy tego skąpstwa wystarczająco świadomi.
Np. w wydanym przed dwoma laty bestsellerze „Koniec ubóstwa” (przedmowę napisał Bono z zespołu U2) były zwolennik „terapii szokowej” profesor Jeffrey Sachs dowodzi, że jedynym pewnym sposobem ograniczenia biedy w Afryce jest rozwinięcie programów pomocy na jeszcze większą skalę. Nieważne, że potrojenie tej pomocy w ciągu trzech ostatnich dekad spowodowało zerowy wzrost dochodów Afrykanów (ostatnie sukcesy gospodarcze niektórych krajów afrykańskich nie mają żadnego związku ekonomicznego z poziomem pomocy). Kolejne podwojenie pomocy ma sprawę głodu i ubóstwa rozwiązać, a jeśli nie rozwiąże, to tylko ze względu na skąpstwo Zachodu.
Sachs twierdzi, że świat w istocie zna sposób na usunięcie większości problemów Afryki i generalnie chodzi wyłącznie o to, by wyłożyć kolejne pieniądze na wprowadzenie w życie wymyślonych przez mądrych ludzi „technologii pomocowych”. „Przeznaczając 0,7 procenta PKB krajów bogatych przez następne 20 lat, dojdziemy do sytuacji, w której nikt na świecie nie będzie umierał z głodu” – pisze profesor Sachs.
Zgodnie z jego zaleceniami w lipcu 2005 roku na szczycie G8 w Szkocji postanowiono zwiększyć pomoc humanitarną dla krajów ubogich do 50 mld dolarów rocznie, z czego ponad połowa ma być przeznaczona dla Afryki. Żaden z przywódców, którzy podpisali porozumienie, nie dotrzymał słowa, a najbliższy temu jest George Bush, któremu udało się wyrwać z Kongresu 15 mld dolarów dla Afryki. Od tego czasu Bush stał się bohaterem takich artystów jak Bono czy Geldof, a ten ostatni pisał nawet na jego temat peany w magazynie „Time”.
Do grona profesjonalnych pracowników organizacji humanitarnych dołączają co roku nowe twarze świata popkultury. Geldof, Bono, Angelina Jolie, Madonna i inni przekonują prezydentów, szefów banków i organizacji finansowych, że podważanie sensu pomocy humanitarnej to nihilizm, a tłumom zgromadzonym na koncertach charytatywnych tłumaczą, że najważniejsza jest świadomość czynienia dobra: „Dawajcie wasze pier… pieniądze!” – jak krzyczał Geldof w 1985 roku na pierwszym koncercie Live Aid. No to dajemy, bo przecież lepiej jest robić coś, niż nie robić nic, prawda?
W istocie gwiazdy popu są w idealnej sytuacji, bo nie przyjmują żadnej odpowiedzialności za skutki swoich działań, zrzucając ją zwykle na polityków Zachodu albo znieczulicę bogatych społeczeństw. Bob Geldof do dziś uważa Live Aid z 1985 roku za ogromny sukces, mimo że nawet eksperci organizacji pomocowych przyznają, że operacja ta to klasyczny dziś przykład współpracy organizacji humanitarnych z okrutnym reżimem gnębiącym własny naród.
Pieniądze zebrane podczas koncertów posłużyły ówczesnym komunistycznym władzom Etiopii do dokonania masowych przesiedleń około 100 tysięcy ludzi, z których co najmniej połowa zmarła. Ówczesny szef organizacji Lekarze bez Granic (jedynej organizacji, która nie zgadzała się na kontynuowanie działalności w Etiopii podczas przesiedleń) Claude Malhuret uznał ówczesne działania władz za „największy program deportacji od czasów Czerwonych Khmerów”.
Nic dziwnego, że schemat, który z powodzeniem zastosowali komuniści w Etiopii pod koniec lat 80, powtarzany jest w większości krajów afrykańskich, w których bandyci dochodzili do władzy: najpierw głodzimy ludzi, potem wzywamy na pomoc Zachód i rozmieszczamy obozy w strefach, z których, albo do których, chcemy przesiedlić ludność – i do dzieła! Żywność z pomocy dzielimy między żołnierzy, a resztę sprzedajemy na wolnym rynku.
Taki przebieg miała operacja Live Aid w Etiopii, podobnie funkcjonowały obozy pomocy w Somalii i Sudanie w latach 90. Bob Geldof do dziś tłumaczy, że „trzeba coś robić, nawet jeśli to nie działa”. Innymi słowy, człowiek uważany za światowego patrona sprawy walki z ubóstwem uznaje do dziś, że współdziałanie w zbrodni jest moralnie lepsze niż brak działania. Warto ten dylemat przypomnieć, zwłaszcza w przededniu konferencji w Rangunie, w trakcie której brutalny reżim z Birmy najprawdopodobniej łaskawie zgodzi się na przyjęcie pomocy humanitarnej Zachodu na własnych warunkach.
Nie planujmy za nich
Co zatem robić? Jak nie popaść w zniechęcenie? W Ghanie poznałem Michaela – importera mięsa, m.in. z Polski, który założył sprawnie funkcjonujący biznes. Jego szwagierka posiada sieć restauracji w Akrze. Oboje utrzymują ze swoich dochodów kilkanaście osób, w tym dzieci, którym płacą za szkoły.
W 2001 roku Ghańczyk Patrick Awuah założył za swoje pieniądze prywatny uniwersytet Ashesi University. Uniwersytet rezerwuje połowę miejsc dla młodzieży z biednych rodzin, oferując im stypendia. Awuah twierdzi, że mógłby rozwinąć swoją działalność, jednak gdy zgłosił się po pomoc finansową do lokalnego oddziału kampanii Save Africa, odrzucono jego prośbę, ponieważ był zbyt bogaty. Wygląda na to, że wsparcie finansowe z Zachodu dla Afryki dostępne jest dla wszystkich poza Afrykanami. Chyba że spełniają zachodnie warunki: są głodującymi dziećmi, kilkuletnimi żołnierzami, ofiarami powodzi albo innej plagi.
Jednak prawda o Afryce jest inna. Miliony na tym kontynencie to nie ofiary ludobójstwa i głodu czekające na ratunek z rąk podstarzałych gwiazd rocka, tylko normalni ludzie, których marzenia są dokładnie takie same jak nasze: życie w dostatku, wykształcenie dzieci i zostawienie im czegoś w spadku. Patrick Awuah, moi znajomi z Akry i tysiące innych przedsiębiorców w Afryce odnoszą sukcesy wbrew ogromnym przeciwnościom losu. Rozwój ich kontynentu, podobnie jak rozwój innych biednych regionów na świecie, nie będzie jednak zależał od naszej hojności i wspaniałomyślności, tylko od czynników, które zawsze decydowały o rozwoju społeczeństw: sukcesu prywatnych firm i zaprowadzenia rządów prawa. William Easterly, ekonomista uniwersytetu w Nowym Jorku, autor wybitnej książki na temat fiaska pomocy humanitarnej w dziele ratowania ludzi pt. „The White Man’s Burden” (Brzemię białego człowieka), pisze: „Bieda nigdy nie zostanie pokonana przez zachodnich ekspertów albo zachodnią pomoc. Wszędzie na świecie biedę udało się pokonać dzięki rodzimym reformatorom politycznym, gospodarczym i społecznym, którzy potrafią wyzwolić potęgę demokracji i wolnego rynku”.
Na czym konkretnie ma to polegać? W swojej książce Easterly podaje wiele przykładów, oto jeden z nich. 500 milionów ludzi rocznie zaraża się malarią, 80 procent z nich to mieszkańcy czarnej Afryki. Według Światowej Organizacji Zdrowia specjalnie nasączone moskitiery (koszt: poniżej 5 dolarów za sztukę) i lekarstwa (koszt 2,5 dolara na osobę) mogłyby praktycznie doprowadzić do kontroli tej choroby przez człowieka. Jednak moskitiery rozdawane przez agencje pomocy bardzo często wykorzystywane są jako sieci do łowienia ryb albo materiał na suknie ślubne. W Malawi zdecydowano się na eksperyment: zamiast rozdawać moskitiery za darmo, sprzedaje się je ludności po 50 centów za sztukę, co jest dla wielu rodzin sporym wydatkiem. Wskutek tego programu, pisze Easterly, wykorzystanie moskitier we właściwym celu w Malawi wzrosło z 8 procent w 2000 roku do 55 procent w 2005. W krajach takich jak Zambia, gdzie moskitiery rozdaje się za darmo, poziom ich wykorzystania nie przekracza 30 procent.
William Easterly odkrywa prawdy, które wydają się oczywiste, choć na Zachodzie wcale oczywiste nie są, np. potrzebę brania pod uwagę lokalnych uwarunkowań, charakteru ludności, jej przyzwyczajeń. Bardziej niż instytucje typu Millenium Project czy World Economic Forum, kierowane przez planistów o kosmicznych ambicjach, interesują go organizacje o nazwach takich jak Stowarzyszenie Byłych Nosicielek Drewna na Opał – małe grupy miejscowych stworzone w celu realizacji konkretnych potrzeb konkretnych ludzi. Od US AID i brytyjskiego Oxfamu bardziej ceni indywidualnych, zwykle anonimowych ludzi, którzy z ogromnym poświęceniem i bez wynagrodzenia ratują życie innym, albo choćby fundację Billa i Melindy Gatesów, która wydaje setki milionów dolarów na konkretne cele (np. prace nad szczepionką na malarię).
Easterley uważa również, że wydawanie pieniędzy na potrzeby biednych ma sens tylko wtedy, gdy zamiast planować dla nich przyszłość, oddamy ją w ich ręce i metodą prób i błędów pomożemy im znaleźć najlepsze rozwiązanie.
Metoda gwiazdorsko-profesorska nie każe nam myśleć o pomocy, zwalnia nas od myślenia w sekundę po złożeniu darowizny. Metoda Easterly’ego jest trudniejsza, bo każe naprawdę wziąć odpowiedzialność za los innych, każe szukać rozwiązań, które działają, uczy krytycznego spojrzenia i pozbawia sentymentów.
A sentymentalizm popłaca, w przeciwieństwie do trzeźwości umysłu – Frankowi Zappie do dziś niektórzy wypominają, że w 1985 roku odmówił udziału w Live Aid, nazywając imprezę największą w historii „pralnią pieniędzy z dragów” (drug laundering – po angielsku słowo „drug” może oznaczać lekarstwo i narkotyk), a Bob Dylan oburzył wszystkich, gdy zasugerował, że może część pieniędzy zebranych w trakcie akcji przeznaczyć na spłaty długów amerykańskich rolników.
Nauka u Easterly’ego daje również lepszą stopę zwrotu z naszego miłosierdzia. W końcu przed Sądem Ostatecznym z naszych zaniechań nie będzie nas rozliczał Bono ani Geldof, ani nawet sekretarz generalny ONZ. Dlatego zanim to nastąpi, powinniśmy uczciwie rozliczyć sami siebie.
Źródło : Rzeczpospolita
June 2nd, 2008
Najnowocześniejsze komputery dla Audi

Symulacje zderzeń w fabryce Audi w Inglostadt gwarantują produkowanym w niej pojazdom maksymalne bezpieczeństwo. Superszybkie i nowoczesne komputery umożliwiają przeprowadzenie testów i symulacji w warunkach bardzo zbliżonych do rzeczywistych, tym samym zapewniają uzyskiwanie najbardziej precyzyjnych pomiarów. Aż 320 połączonych ze sobą komputerów ma moc obliczeniową przekraczającą 15 teraflopów, co odpowiada 15 bilionom operacji obliczeniowych na sekundę. To najszybszy komputer wykorzystywany w przemyśle motoryzacyjnym i jeden z 150 najszybszych na świecie. W efekcie jego pracy Audi AG oferuje użytkownikom swoich pojazdów bezpieczeństwo na najwyższym poziomie.
Dr. Ulrich Widmann, szef Działu Rozwoju Bezpieczeństwa Pojazdów w AUDI AG wyjaśnia: “Nowy superkomputer wielokrotnie przyspiesza przebieg symulacji. Przy naszej ciągle rosnącej palecie modeli niezbędne jest, aby każdy model jeszcze w trakcie prac projektowych sprawdzić najdokładniej, jak to jest możliwe i to we wszystkich sytuacjach, które mogą kiedykolwiek wystąpić”.
Konstruktorzy Audi tygodniowo przeprowadzają około 5 000 symulacji – od zderzenia czołowego do specjalnych testów poszczególnych podzespołów. W ten sposób, już przed zbudowaniem pierwszego prototypu mogą ocenić słabe punkty samochodu i je usunąć. Dzięki symulacjom zderzeń, możliwe jest projektowanie samochodów odpowiadających aktualnej sytuacji na rynku, aby na przykład szybciej reagować na oczekiwania klientów lub jak najpełniej wykorzystać wiedzę zebraną podczas badań wypadków prowadzonych przez Audi Accident Research Unit (AARU).
Ponieważ rosną oczekiwania klientów, wzrasta też paleta oferowanych modeli. Nie lada wyzwaniem jest także stale zmieniający się poziom nowoczesności pojazdów i dużego nacisku na osiągi, a jednocześnie – na bezkompromisowe bezpieczeństwo. Bez szeroko zakrojonych badań i symulacji zderzeniowych, prace projektowe nad nowymi samochodami byłyby niemożliwe.
May 20th, 2008
Beata Pawlikowska po raz kolejnych zaprasza na wyprawę do serca dżungli amazońskiej. “Będziemy łowić piranie, polować na kajmany, pływać indiańskim czółnem, robić indiańskie tatuaże, wędrować po dziewiczej puszczy i spać na wierzchołku 45-metrowego drzewa, gdzie zawsze spełniają się marzenia…
Dziewicza puszcza. Obozowiska w dzungli, papugi, wilgoć, półmrok i upał. Każda wyprawa jest inna i ma nieprzewidywalny program, bo nigdy nie wiadomo kiedy na naszej drodze stanie anakonda, kajman, czy stado skorpionów.
Większość nocy spędzamy w leśnym drewnianym schronisku w rezerwacie przyrody, gdzie przyjeżdżają naukowcy z całego świata, żeby badać zachowania zwierząt i roślin. Podczas naszego pobytu zwykle nie ma innych gości, otacza nas więc cisza wypełniona głosami natury.
Do planowanych zajęć należą: pływanie w dopływie Amazonki, łowienie pirani, polowanie nocą na kajmany, nauka wiosłowania w chybotliwym indiańskim czółnie, indiańskie tatuaże robione za pomocą roślinnych barwników, wspinanie się na szczyt prawie pięćdziesięciometrowego drzewa, gdzie można spędzić noc, wypraw ana spotkanie hoacyna, który jest w prostej linii potomkiem archeopteryksa.
Zdarzają się również bliskie spotkania z magiczną żabą, odwiedziny u szamana, ataki termitów, zaćmienie księżyca, mleczne drzewo, pająki, ogniste mrówki, nocne spotkania z dzunglową wróżką Curupirą.
Wieczorami nerwy koi brazylijska caipirinha. “

Technorati Profile
May 1st, 2008
Jacek Stawiski – tvn24.pl

Kwiecień 2008 r. może okazać się jednym z najciekawszych momentów początku 21 wieku – niewykluczone, że właśnie w tych dniach jesteśmy świadkami kluczowej zmiany dla globalnego układu sił. Wszystko zależy od potwierdzenia szokującej informacji sprzed kilku dni, że na terytorium Brazylii, najpotężniejszego gospodarczo, demograficznie i militarnie państwa Ameryki Południowej, odnaleziono gigantyczne złoża ropy naftowej, szacowane ostrożnie na ponad 30 miliardów baryłek. To największe odkrycie złóż ropy od kryzysu naftowego w latach 70-tych, po arabsko-izraelskiej wojnie Jom Kipur.
Jeśli, powtórzmy, jeśli, odkrycie zostanie potwierdzone, a koszty wydobycia ropy nie będą zbyt wysokie, to niemal na naszych oczach Brazylia stanie się drugą Arabią Saudyjską. Nowe mocarstwo energetyczne nie dość, że będzie kluczową potęgą naftową, to jeszcze na dodatek Brazylia jest liderem w światowej produkcji biopaliw – za co zresztą jest coraz mocniej krytykowana, ponieważ wzrost produkcji biopaliw w opinii wielu znawców prowadzi do radykalnego wzrostu cen żywności.
Amerykański ośrodek analityczny Stratfor przedstawia ciekawą, spontaniczną analizę skutków odkrycia nowych złóż ropy. I tak, Brazylia może stać się liderem grupy BRIC (Brazylia, Rosja, Indie, Chiny), która to grupa może autentycznie rzucić wyzwanie globalnej hegemonii Waszyngtonu. Ale może się też stać inaczej – głodna ropy naftowej Ameryka Północna zabezpieczy swoje potrzeby w Brazylii oraz Kanadzie (tam także mówi się o nowych złożach), zaś Europa poszuka energii w byłym ZSSR, a Azja na Bliskim Wschodzie. Taki rozwój wypadków doprowadzi do uniezależnienia się Stanów Zjednoczonych od ropy naftowej z Bliskiego Wschodu. W ten sposób Ameryka wycofa się z tego niespokojnego regionu, a negatywnie odczują to amerykańscy sojusznicy w Zatoce Perskiej i Izrael, którego strategia przetrwania we wrogim otoczeniu zakłada trwały sojusz z Waszyngtonem. Potwierdzenie odkrycia złóż w Ameryce Południowej oraz coraz donioślejsze wieści o nowych zasobach energetycznych Kanady i Gór Skalistych (odpowiednio ponad bilion baryłek i ponad 800 mld baryłek) zmusi Stany Zjednoczone do rozbudowy marynarki wojennej, która będzie strzegła Zachodniej Półkuli, zabezpieczając stan posiadania surowców. Marynarka dostanie zadanie patrolowania wybrzeży oceanicznych Ameryki Północnej i Południowej. Czyli – i to już moja konkluzja – doczekamy się restauracji doktryny Monroe. A ta brzmiała: Ameryka nie będzie wtrącać się do Europy, zaś Stary Kontynent będzie trzymał się z dala od obu Ameryk.
Political fiction? Chyba nie.